Feliks Godyn przewracał się z boku na bok. Tej nocy pewnie znowu nie zmruży oka. Próbował już wszystkiego: liczył barany, wypił szklankę ciepłego mleka, nakrywał się szczelnie kołdrą, tak aby zewsząd zalewała go absolutna ciemność. Nic z tego! Na próżno! Sen nie nadchodził, a serce biednego Feliksa zalewał ogromny niepokój. Wkrótce miał zostać wójtem Radomska. Dokładnie za miesiąc czekała go wizyta księcia sieradzkiego - Leszka Czarnego, który przekaże prawa miejskie Radomsku, a jego mianuje wójtem. Feliks martwił się na samą myśl o tym. Czy podoła nowym obowiązkom? Czy jego ukochana, rodzinna wioska jest już gotowa nosić dumnie brzmiące miano miasta? A przede wszystkim jak ugościć księcia, by wywrzeć na nim wielkomiejskie wrażenie i by Radomsko stało się bliskie jego sercu? Wszystkie te pytania krążyły po głowie przyszłego wójta, nie dając mu spokoju. O świcie zmęczony Feliks zapadł w krótki, niespokojny sen.
Przyśniła mu się wystawna uczta na cześć Leszka Czarnego. Księcia obskakiwały ładne, rumiane radomszczanki, przynosząc mu coraz to nowe potrawy. Honorowy gość ochoczo próbował każdego dania, lecz po degustacji z jego ust nie wypływały żadne komplementy. Dla Feliksa milczenie księcia było bardzo wymowne. Oznaczało wielką kulinarną porażkę, jak również niechęć do mieszkańców Radomska. Nagle obok Leszka Czarnego przemknęła zakapturzona postać. Wyjęła zza pazuchy wielką drewnianą chochlę, machnęła nią niczym czarodziejską różdżką i na stole pojawiła się srebrna misa z piękną, złoconą pokrywą. Książę skosztował tajemniczej potrawy, a wszyscy w skupieniu czekali na jego reakcję. – Och, to prawdziwa rozkosz dla podniebienia! – oblicze księcia rozjaśnił promienny uśmiech. – Arcydzieło sztuki kulinarnej! – gość rozpływał się w zachwytach. Feliks, nie bacząc na dworską etykietę, rzucił się, by uchylić pokrywę i odkryć zawartość srebrnej misy. Ku-ku – Ku-ku – ze środka wyskoczyła kukułka, kukając 12 razy. Feliks zerwał się na równe nogi. Ach, to był tylko sen!
Zegar wskazywał południe. Już dość niepewności, czas podjąć decyzje! Przyszły wójt ogłosił wśród mieszkańców Radomska Wielki Konkurs „O srebrną misę” na najbardziej wyjątkową potrawę, godną książęcego podniebienia. Gospodynie i gospodarze, kucharki i kucharze - wszyscy, którzy na co dzień wykazywali się talentem w gotowaniu zostali zaproszeni do zaprezentowania swojego popisowego dania. Feliks, odsunąwszy na bok inne obowiązki, zaangażował się w smakowanie rozmaitych kulinarnych kompozycji. Och, od nadmiaru tych pyszności aż kręciło się w głowie! Wśród serwowanych dań znalazły się przepiórki w sosie czereśniowo-imbirowym, szynka z dzika nadziewana żurawiną, delikatny rosół z bażanta czy tarta truskawkowo-marcepanowa. Niezwykła eksplozja wykwintnych smaków mogła zachwycić niejednego mistrza kuchni, jednak Feliks nie znalazł tego, czego szukał. Minął jeden tydzień, drugi, trzeci, a przyszły wójt kręcił z niezadowoleniem głową i coraz częściej zamykał się na klucz w swoim gabinecie. Kiedy do przyjazdu księcia zostały tylko dwa dni, a z wójtowego gabinetu dochodziły głośne westchnięcia oraz nerwowe kroki, doradcy Feliksa wymusili na nim otwarcie drzwi.
– Przyjaciele, pomóżcie! Nie wiem, co robić! – krzyknął zrozpaczony, widząc ich na progu.
– Uspokój się, Feliksie! Przecież mamy całe mnóstwo wyśmienitych potraw, którymi możemy uraczyć książęce podniebienie – łagodnie przemawiali przyjaciele, żeby pohamować jego wzburzenie. – O nie, nie! Mylicie się! Te wszystkie potrawy, o których mówicie można znaleźć na każdym książęcym czy królewskim stole. Są wyborne, ale nie wyjątkowe. Ja chciałem podać księciu coś niepowtarzalnego, danie, które kojarzyłoby mu się tylko z naszym miastem.
– Lecz gdzie szukać takiego specjału? – zastanawiali się głośno.
– A może sięgniemy po magiczną pamiątkę pradziadka? – zapytał nieśmiało Jan Godyn, kuzyn i najbliższy przyjaciel Feliksa.
– Czy mówisz o kryształowej kuli, którą nasz pradziad nazywał proroczą i którą przekazano nam na 18 urodziny w szkarłatnej szkatule? – Feliks wydawał się bardzo zdziwiony – Wiesz przecież, drogi kuzynie – ciągnął – że nasz praprzodek był wielkim dziwakiem i do tej pory nie wiadomo, czy to, co opowiadał było prawdą czy tylko bajaniem.
– Najwyższy czas się tego dowiedzieć – wtrącił Jan. – Zalecano nam użyć kuli tylko raz na dziesięć lat, w wyjątkowych sytuacjach. Oboje jesteśmy przed czterdziestką i myślę, że warto sięgnąć po nią właśnie teraz.
Feliks nic nie odpowiedział. Wydobył spod płaszcza rzemyk przewieszony wokół szyi. Dyndała na nim malutka purpurowa sakiewka. Wyciągnął z niej złoty kluczyk, którym otworzył niewielką, dębową, bogato rzeźbioną skrzynię. Na jej dnie spoczywała szkarłatna szkatuła z cenną zawartością. Feliks Godyn ujął ostrożnie kulę w obie dłonie. Miała intensywny niebieski odcień, niczym morska woda. Przyjaciele nachylili się nad pamiątką pradziada, próbując przeniknąć wzrokiem błękitną otchłań, a Jan przemówił do niej czule:
– Kulo, kulo, gdzie szukać pomocy? Wtedy kryształowa powierzchnia ukazała im zawadiacką i zawsze uśmiechniętą twarz znanego radomszczańskiego łobuziaka Pietrka Gamonia.
– To niemożliwe! – wykrzyknął Wojciech Dobrowolski, sekretarz przyszłego wójta. – On nawet zliczyć do dwóch nie potrafi. Inni doradcy Feliksa również wyrażali swoją wątpliwość, tylko on jeden zaufał proroczej wizji. – Więcej wiary, przyjaciele! Nawet najgorszy nicpoń skrywa czasem wielką tajemnicę! Mężczyźni udali się czym prędzej do domostwa Pietrka Gamonia. Feliksowi mocniej zabiło serce, kiedy ujrzał w drzwiach zakapturzoną postać, podobną do tej, która przyśniła mu się miesiąc temu. A był to Pietrek. Na powitanie zacnych gości skinął ręką, zrzucił kaptur i zawołał ze szczerym uśmiechem :
– Witajcie, mości panowie, w moich skromnych progach. Cóż Was do mnie sprowadza?
– Umiesz gotować wykwintne specjały? – zapytał bez zbędnych wstępów Jan Godyn.
– O, nie! Przyrządzam tylko proste, wiejskie jadło – odparł ponuro. – Ale za to moja babka… urwał w pół zdania, bo Feliks wtrącił żywo: Prowadź nas do niej, natychmiast! Pietrek wyraźnie się zmieszał i wyjąkał zdumiony: A-a-ale jakże mam do-do-do niej pro-pro- prowadzić, kiedy o-o-ona nie żyje?
– Nie żyje! – Feliks smutno zwiesił głowę. – A masz po niej jakieś pamiątki? – spytał z nadzieją.
– O tak! – Pietrek wyraźnie się ożywił – Na stryszku leży skrzynka pełna babcinych drobiazgów.
Mężczyźni jednym susem pokonali trzeszczące schodki, prowadzące na strych. Tam znaleźli sosnowy, nieco podniszczony kufer. Pietrek długo mocował się z zardzewiałym zamkiem, a kiedy w końcu podniósł wieko, oczom wszystkich ukazały się prawdziwie kobiece skarby: pięknie haftowane suknie, lniane chusty, kolorowe kilimy, mosiężne szpilki do włosów, drewniany rzeźbiony grzebyk oraz małe lustereczko z miedzianą rączką. Feliks wypatrzył na dnie kufra stos złożonych pożółkłych pergaminów przewiązanych ozdobną, czerwoną wstążką. Rozłożył ostrożnie kartki pokryte starannym pismem, utkwił w nie wzrok i po chwili wykrzyknął uszczęśliwiony: – To jest to! Przepisy kulinarne! Podświadomie czuł, że intuicja pomoże wybrać mu ten właściwy, według którego sporządzi wyjątkową potrawę. Gorączkowo przerzucał kartki: przepis na kotlet barani w borowikach… na kaczkę w piwie… na śliwkowe knedelki z różanymi płatkami. A to co? Przepis na cudowną zalewajkę? Uwagę Feliksa przykuło słowo cudowna. Dlaczego cudowna? Pospiesznie przeczytał spisaną recepturę. Na dole kartki widniał dopisek: Kiedy zupę zalejemy potokiem radosnych słów, zyska ona niepowtarzalny smak oraz magiczną moc. Ten, kto raz spróbuje cudownej zalewajki, nabierze apetytu na więcej i będzie stale powracał tam, gdzie skosztował jej po raz pierwszy. Feliks przywołał Wojciecha i polecił sekretarzowi spisać co do słowa kulinarne zalecenia babki Pietrka Gamonia. Tego dnia Feliks nie miał problemów z zaśnięciem. Szybko zmorzył go twardy, zasłużony sen.
W przeddzień przyjazdu Leszka Czarnego przyszły wójt kazał rozniecić w centrum miasta wielkie ognisko i umieścić nad nim ogromny, cynowy kocioł. Kiedy mężczyźni w pocie czoła zmagali się z instalacją wielkiego sagana, Feliks poprosił doświadczone radomszczańskie gospodynie o przyrządzenie zalewajki według podanej im receptury. Kobiety natychmiast wzięły się do roboty: siekały cebulę i czosnek, kroiły ziemniaki, słoninę a na koniec doprawiały wywar grzybami i sekretnymi przyprawami. Późnym wieczorem wszystko było gotowe. Wtedy Feliks zaprosił wszystkich mieszkańców Radomska do zgromadzenia się wokół kotła z zalewajką. Ludzie schodzili tłumnie, by ogrzać się i pogawędzić w cieple ogniska. Niemowlęta gaworzyły, dzieciaki paplały trzy po trzy, dziewczęta plotkowały, młodzieńcy wdawali się zażarte dysputy, babki trajkotały jak najęte, starszyzna rozprawiała o polityce. Potok szczerych, spontanicznych słów zalewał zalewajkę, co dodawało jej szczypty magii i niezwykłości. Dzięki wyjątkowej, przyjacielskiej atmosferze, radomszczanie poczuli głęboką więź jaka ich łączyła. Wspólne biesiadowanie trwało aż do rana, jednak mieszkańcy Radomska nie odczuwali zmęczenia przy podejmowaniu Leszka Czarnego. Rozpierała ich duma! Odtąd ich wioska zwana będzie miastem, a oni sami uzyskają wiele mieszczańskich przywilejów. Po uroczystości nadania praw miejskich rozpoczęła się wystawna uczta na cześć Leszka Czarnego. Radomszczański stół uginał się pod ciężarem wielu wykwintnych przysmaków, godnych książęcego, ba nawet królewskiego, podniebienia. W połowie uczty podszedł do księcia Pietrek Gamoń, skłonił się przed nim nisko i rzekł: – Niech Wasza Książęca Mość spróbuje naszego regionalnego specjału! W srebrnej misie ze złoconą pokrywą wniesiono cudowną zalewajkę. Książę skosztował dania, a wszyscy w skupieniu czekali na jego reakcję. – Och, to prawdziwa rozkosz dla podniebienia! – oblicze księcia rozjaśnił promienny uśmiech. – Arcydzieło sztuki kulinarnej! – gość rozpływał się w zachwytach.
I tak oto ziścił się sen Feliksa o dumnym Radomsku. Leszek Czarny nigdy nie zapomniał smaku zalewajki i wielokrotnie powracał w te strony, czasem potajemnie, aby rozkoszować się ulubioną potrawą. Feliks długo piastował stanowisko wójta i cieszył się w Radomsku powszechnym poważaniem. Pietrek Gamoń został najbliższym doradcą i przyjacielem wójta, a radomszczanie przez długie lata żyli wspomnieniem wspólnego biesiadowania przy ognisku. Dzisiaj magiczny klimat nocnego świętowania powrócił! Radomsko Open by Night, niech noc będzie z Tobą!



![]() |
Powiat radomszczański - powiat w województwie łódzkim ma swoją siedzibę w Radomsku. Został reaktywowany w wyniku reformy administracyjnej przeprowadzonej w 1999 roku. Od tego czasu należą do niego gminy: Radomsko (gmina miejska), Kamieńsk, Przedbórz Dobryszyce, Gidle, Gomunice, Kobiele Wielkie, Kodrąb, Lgota Wielka, Ładzice, Masłowice, Radomsko (gmina wiejska), Wielgomłyny, Żytno. Do najważniejszych zabytków powiatu należy Kościół w Gidlach, Kościół w Żytnie, Kościół św. Aleksego w Przedborzu i Pałac w Maluszuynie. Niezwykłą atrakcję stanowi Szlak Doliny Pilicy. Malownicze tereny i krajobrazy zapierające dech w piersiach można pieszo, na rowerze, na koniu lub przy wykorzystaniu nart biegowych.
|
Zgłoś uwagi - uzupełnij wszystkie pola